622 Obserwatorzy
26 Obserwuję
Ewfor

Ewfor

Pamiątka z Paryża - fragment książki (rozdział 1)

 

- Mamo… opowiedz mi o Paryżu i o moim ojcu.

    Dwudziesto-jedno letnia dziewczyna położyła głowę na ramieniu kobiety siedzącej na inwalidzkim fotelu obok kanapy.

    - Oj Michalinko! Tyle razy już ci opowiadałam. - Odpowiedziała kobieta z udawanym oburzeniem. - Wydaje mi się, że jesteś już trochę za stara na te wspominki. - Pogłaskała dziewczynę po policzku i uśmiechnęła się.

    - Mamo, proszę! Jeszcze tylko ten jeden raz! Tak lubię słuchać o tobie i Michèl’u. - Błagalny głos dziewczyny sprawił, że kobieta myślami wróciła do kilku dni, spędzonych ponad dwadzieścia lat temu w Paryżu.

    - Wykorzystujesz mnie. - Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na obraz wiszący na ścianie, przedstawiający Paryż i bukinistów na brzegu Sekwany.        

 - Wiesz, że z przyjemnością wracam do tamtych chwil, dlatego uważasz, że mogę o tym mówić cały czas?

    Dziewczyna uśmiechnęła się do matki i pocałowała ją w policzek. Wstała z kanapy i poprawiła pled, którym przykryte były nogi kobiety.

    - Przygotuję dla nas herbatę jaśminową i zrobimy sobie „wieczór romantycznych wspomnień”. Zgoda?

    - Zgoda. Zgoda. – Kobieta spojrzała na córkę z miłością i dumą. – Wiesz dobrze Michalinko, że niczego nie potrafię ci odmówić. A zwłaszcza tego, bo sprawia mi to taką samą przyjemność jak tobie.

    Dziewczyna wyszła do kuchni i nastawiła czajnik z wodą. Kobieta wsłuchiwała się w odgłosy dochodzące z pomieszczenia, tak jakby były to dźwięki ulubionej melodii. Przymknęła oczy i cichutko zaczęła śpiewać:

Sous le ciel de Paris
S’envole une chanson
Elle est née d‘aujourd’hui
Dans le coeur d’un garçon
Sous le ciel de Paris
Marchent les amoureux
Leur bonheur se construit
Sur une air fait pour eux
Sous le pont de Bercy
Un philosophe assis
Deux musiciens, quelques badauds
Puis des gens par milliers

    - Pięknie to śpiewasz. Za każdym razem, gdy słyszę tę piosenkę śpiewaną przez kogoś innego, to myślę o tobie. – Dziewczyna stanęła w drzwiach i popatrzyła na spokojną twarz matki. - Pod niebem Paryża ulatuje piosenka. Narodziła się dzisiaj w sercu jakiegoś chłopca. Pod niebem Paryża spacerują zakochani. Ich szczęście buduje się na melodii stworzonej dla nich. Pod mostem de Bercy siedzący filozof, dwóch muzyków, kilku gapiów i ludzie w milionach.

    - Pamiętasz jak tłumaczyłam słowa tej piosenki. – Kobieta zamyśliła się.

    - Mamo, piosenka „Pod dachami Paryża” zachwycała ludzi już wtedy, gdy śpiewała ją Edith Piaf i jest tak nadal. Ten, kto ją skomponował i napisał słowa, musiał być osobą bardzo romantyczną.

    Dziewczyna, postawiła na stoliku dwie filiżanki oraz dzbanek z herbatą i wygodnie usadowiła się na kanapie. Położyła dłoń na ręce matki i delikatnie uścisnęła ją. Ból, jaki czuła spoglądając na bezwładną część ciała swojej mamy był dotkliwy. Jednak miłość do niej była mocniejsza.

 

ROZDZIAŁ 1

 

    Miałam osiemnaście lat. Byłam pilną uczennicą. W nagrodę za dobre oceny na świadectwie maturalnym i za zdany egzamin na studia, rodzice zafundowali mi wyjazd do cioci. Był to również prezent na moje osiemnaste urodziny. Siostra mojego taty mieszkała we Francji, w małym podparyskim miasteczku. Ciocia Aniela miała odebrać mnie z pociągu na stacji dworca Północnego Paryża, Gare du Nord,. Do pociągu wsiadłam w Brukseli, dokąd dojechałam samochodem razem ze znajomymi. Państwo Luszkowscy, mieli tam rodzinę i jechali do nich na urlop. Ponieważ w ich samochodzie było wolne miejsce, to zgodzili się, abym pojechała razem z nimi. Zapowiadały się wspaniałe wakacje, których zazdrościły mi wszystkie koleżanki z klasy. Wszystko było by dobrze, gdyby nie dwa przykre zdarzenia.

    W noc poprzedzającą mój przyjazd, ciocia Aniela miała zawał i znalazła się w szpitalu. Nie mogła z tego powodu ani zawiadomić moich rodziców, ani zorganizować kogoś, kto odebrałby mnie z pociągu.

    Stałam przed dworcem w Paryżu i rozglądałam się za nią, gdy podeszło do mnie dwóch chłopców i jedna dziewczyna. Cała trójka jechała razem ze mną w pociągu i zaoferowała mi swoje towarzystwo przez jakiś czas, w oczekiwaniu na moją krewną. Niestety, po odejściu moich „nowych przyjaciół” zorientowałam się, że nie mam portfela.

    Ogarnęła mnie rozpacz. Nie dość, że zostałam bez grosza w obcym mieście, to zostałam pozbawiona kartki z adresem do cioci i jej numerem telefonu, którą tata przezornie wcisnął mi przed wyjazdem.

    Spoglądając na tłumy ludzi przewijających się przed moimi oczami, stałam jak sparaliżowana. Zapłakana i bezradna nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Była godzina ósma rano, a ja czułam się tak zmęczona jakby to była północ. Zaczęłam iść przed siebie nie wiedząc, gdzie idę i po co.

    Przerażał mnie widok czarnoskórych ludzi, których u nas było niewielu, a w Paryżu, co drugi człowiek był kolorowy.

    Nie wiem jak długo wałęsałam się po uliczkach. Przestraszona i jednocześnie zauroczona szłam… i szłam… i szłam. Dotarłam nad Sekwanę. Usiadłam na ławce i rozpłakałam się. Nie mam  pojęcia  ile czasu siedziałam na tej ławce. Ludzie przysiadali się, spoglądali na mnie ze zdziwieniem i odchodzili. W pewnej chwili usłyszałam śpiew i akompaniujące mu dźwięki gitary. Piękna melodia, nie pozwoliła mi dalej siedzieć na ławce, ale wręcz „kazała” udać się, w kierunku muzyki. Na brzegu rzeki siedziało trzech młodych mężczyzn. Jeden śpiewał i grał na gitarze, drugi na akordeonie i od czasu do czasu wtórował swojemu koledze śpiewem, a trzeci wybijał rytm na instrumencie przypominającym pałeczki. Usiadłam obok nich i słuchałam. Śpiewali stare francuskie piosenki. Tak piękne, że w pewnym momencie moje nogi poruszyły się. Wstałam i zaczęłam tańczyć.

    Taniec zawsze działał na mnie kojąco. Będąc w domu, gdy miałam zły dzień, albo jakiś problem zaprzątał mój umysł, włączałam płytę i tańczyłam w swoim pokoju. Ot tak, sama dla siebie. Te francuskie piosenki podziałały na mnie jak narkotyk. Pląsałam wokół tych mężczyzn, nikt mnie nie przeganiał. Oni zachowywali się tak jakby mnie nie zauważali, a ja tak właściwie też ich nie widziałam. Tylko słyszałam.

    Tańczyłam i płakałam. Tańczyłam i marzyłam. Tańczyłam i nie myślałam o tym, co przytrafiło mi się w tym uroczym mieście.

    Kiedy przestali grać wróciłam do miejsca, w którym zostawiłam swój plecak i usiadłam na trawie chowając głowę między kolana. Wyczerpana, wrażeniami dnia, na chwilę przymknęłam oczy, aby odpocząć. Czułam się szczęśliwa, chociaż powinnam być w rozpaczy.

    - To twoja działka. – Usłyszałam nad sobą męski głos.

  Podniosłam głowę i spojrzałam na młodzieńca, który przykucnął obok mnie. Mężczyzna miał około dwudziestu-pięciu, dwudziestu-sześciu lat. Dobrze zbudowany i na swój sposób przystojny. Nie należał do mężczyzn typu Luce Perry czy Elvis Presley, ale coś w nim było pięknego, pociągającego i interesującego. Czarne kręcone włosy, luźno opadały na jego mocno opalone ramiona. Ciemne oczy ozdobione długimi rzęsami, patrzyły na mnie z odrobiną ciekawości, a na ustach był wyraźny obraz beztroskiego szczęścia.

    - No mała…, to twoje. Zarobiłaś.

    - Ja…ja? Co ja zarobiłam i kiedy? – Nie potrafiłam wydobyć słów. Nie wiedziałam czy to mi się tylko śni, czy też dzieje się na prawdę.

    - Zarobiłaś i tyle. – Mężczyzna uśmiechnął się i podał mi garść franków w bilonie, oraz trzy banknoty po dziesięć. – Kiedy zaczęłaś tańczyć do naszych piosenek, to zwiększyłaś naszą widownię. – Powiedział z wyraźnym zadowoleniem. – Nie mów, że nie widziałaś tych wszystkich, zachwyconych twoim tańcem turystów? – Wziął moją dłoń i położył na niej pieniądze. – Jak chcesz to przyjdź jutro o tej samej porze. Tworzymy niezły kwartet, a dzielimy się po równo tym, co wrzucą turyści do futerału.

    Wstał i jeszcze raz popatrzył na mnie. Pomachał mi na pożegnanie i odszedł. Zostałam sama. Nawet nie zauważyłam, że na dworze zaczęło się ściemniać. Światła miasta były piękne, a na ulicach było tak dużo ludzi, że nie czułam strachu przed nocą, którą prawdopodobnie miałam spędzić na ławce. Nagle ogarnął mnie wielki smutek. Dotarło do mnie, że jestem w Paryżu. W mieście, w którym nigdy wcześniej nie byłam i nie mam gdzie spać. Na dodatek nie mam adresu do cioci Anieli i nie mam funduszy na powrót do domu. Szybko przeliczyłam pieniądze wciśnięte mi przez nieznajomego. Ku mojemu zaskoczeniu, było tam siedemdziesiąt osiem franków. - No nieźle, ale na hotel i tak nie wystarczy. – Pomyślałam i schowałam pieniądze do kieszeni spodni.

    - Gdzie mieszkasz? – Ponownie usłyszałam nad sobą głos mężczyzny, który zaledwie kilka minut wcześniej rozmawiał ze mną.

    - Ja … Ja …

    - No mała, wyduś to wreszcie z siebie, bo chcę cię odprowadzić. Paryż nocą jest tak samo piękny jak niebezpieczny. Więc…?

    - Nigdzie nie mieszkam. – Szepnęłam. Jak nakręcona katarynka, zwierzyłam mu się z tego, co mnie spotkało i dlaczego tutaj przyjechałam.

    - No dobrze, jutro coś wymyślimy. – Podniósł mój plecak z ziemi i podał mi rękę, aby pomóc wstać. – Chodź, zanocujesz u nas.

    Posłuszna jak mała dziewczynka, pozwoliłam mu się poprowadzić wzdłuż brzegu Sekwany. Nie wiem ile czasu szliśmy, ale kiedy dotarliśmy na miejsce, to księżyc był już wysoko na niebie. Miliony gwiazd rozświetlały paryskie niebo, tak jak latarnie paryskie ulice. Doszliśmy do miejsca,
w którym na ziemi leżało kilka osób, a pod murem tliło się ognisko.

    - No nareszcie. Gdzieś ty się podziewał mój chłopcze? – Naprzeciw nam wyszła gruba Murzynka, w długiej kwiecistej spódnicy i starym wyciągniętym podkoszulku.

    - Antoinette, przyprowadziłem gościa. – Mój znajomy pociągnął mnie za rękę i postawił przed sobą.

    Murzynka przyjrzała mi się, dokładnie oglądając mnie od stóp do głów i pokiwała litościwie głową.

    - A ty skąd wytrzasnąłeś to dziecko? – Zapytała całkowicie ignorując moją obecność.

    - Okradli ją i musi gdzieś przenocować. – Odpowiedział mój towarzysz. – Przyjechała w odwiedziny do naszego miasta, nie możemy pozwolić, aby zapamiętała to miejsce jak siedlisko zła. - To powiedziawszy mrugnął porozumiewawczo do kobiety. – Zaopiekuj się nią, bo ja jeszcze muszę gdzieś wyskoczyć. – Pchnął mnie w stronę Murzynki i zniknął w ciemnościach.

    Antoinette zabrała mój plecak i położyła go na starym materacu, na którym spokojnie spało około czteroletnie dziecko.

    - Połóż się obok Michèl-Ariel’a. – Powiedziała do mnie matczynym tonem i podała mi koc. – Jesteś głodna? – Zapytała.

    W tym momencie uzmysłowiłam sobie, że przez cały dzień nie miałam nic w ustach i dopiero teraz, kiedy ona wspomniała o głodzie, mój żołądek zaczął się upominać o coś do zjedzenia. Kiwnęłam głową. Kobieta nalała coś do małej plastikowej miseczki, ze stojącego obok ogniska garnka i podała mi.

    - Masz. Jedz. Nie jest wprawdzie ciepłe, ale da się zjeść. – Podała mi miseczkę z czymś, co wyglądało jak kasza manna z mięsem. Uśmiechnęła się do mnie jakbym była ważnym gościem, a nie intruzem. – Zjedz kochaniutka spokojnie i połóż się. Jak znam tego nicponia Michèl’a, to wróci jak będzie świtało. Nie siedź zbyt długo, bo ognisko już dogasa, a po ciemku  nie jest tu zbyt przyjemnie. Smacznego. – Poklepała mnie po ramieniu i odeszła na bok, za kotarę zrobioną ze starego koca.

    Usiadłam na swoim posłaniu i jedząc przyglądałam się dziecku, śpiącemu na starym, ale czystym materacu. Chłopiec miał cztery, może pięć lat. Śliczny jak aniołek. Ciemne kręcone włosy przyklejone były do jego małej, spoconej główki. Oddychał spokojnie, miarowo i co jakiś czas uśmiechał się. Pomyślałam, że pewnie śniło mu się coś przyjemnego.

    Zjadłam to, co dostałam od Murzynki i położyłam się obok chłopca. Koc nie był mi potrzebny, bo noc była bardzo ciepła. Zasypiając patrzyłam na paryskie niebo. Myślałam o swoich rodzicach i o braciach, którzy tak bardzo zazdrościli mi tego wyjazdu. Myślałam o cioci Anieli, która miała po mnie wyjechać, a nie wyjechała.

    Michèl-Ariel obudził się. Popatrzył na mnie, uśmiechnął się i zasnął ponownie. Czułam się szczęśliwa i bezpieczna. W myślach układałam sobie zdania, które powiem koleżankom po powrocie. Układałam cały scenariusz tego, co stanie się ze mną w tym obcym i fascynującym mieście. Zasnęłam chłonąc odgłosy Paryża tak, jakbym wsłuchiwała się w odgłosy mojego miasta. Ciepła noc, szum Sekwany i melodie dochodzące do mnie ze wszystkich stron, działały na mnie bardzo uspokajająco. Zasypiałam, a to miasto dopiero zaczynało żyć, własnym, nocnym życiem.

    Obudziło mnie przeraźliwe chrapanie. Przyzwyczajona do własnego pokoju i do ciszy panującej w nim, nie wyobrażałam sobie nawet, że ktoś może tak okropnie chrapać. Usiadłam na materacu i zobaczyłam śpiącego obok mnie Michèl’a. Niebo zaczynało jaśnieć. Popatrzyłam na swój zegarek i zobaczyłam, że jest godzina czwarta piętnaście. Dłuższy czas leżałam, wsłuchując się w dochodzące odgłosy budzącego się miasta, ale emocje związane z poprzednim dniem nie pozwoliły mi ponownie pogrążyć się w sennych marzeniach. Postanowiłam wstać i poszukać toalety. Ulice Paryża wbrew wczesnej, porannej godziny wcale nie były opustoszałe. Zbłąkani po całonocnych imprezach turyści, a może nawet sami mieszkańcy tego miasta, wałęsali się uliczkami próbując dotrzeć do swojego miejsca zamieszkania. Powietrze było rześkie i już zapowiadał się upalny dzień. Idąc przed siebie, co chwilę odpowiadałam na pozdrowienia ludzi:

    - Bonjour Mademoiselle.

    - Bonjour. – Mówiłam uśmiechając się do mijanych mnie osób.

     Idąc wąskimi uliczkami, chłonęłam zapach porannego Paryża i widoki, jakie mijałam. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie wiem gdzie jestem i wpadłam w panikę. Przystanęłam i spróbowałam przypomnieć sobie, którędy szłam i co po drodze widziałam. Dzięki częstym wędrówkom
z rodzicami i braćmi po górach, orientację w terenie miałam perfekcyjnie opanowaną. Kierując się w drogę powrotną szłam intuicyjnie spoglądając na mijane domy, nazwy ulic i okolice. Kiedy doleciał do mnie szum Sekwany wiedziałam, że trafię do swoich nowych znajomych.

    Po drodze znalazłam publiczną toaletę. Dzięki drobnym, które poprzedniego dnia otrzymałam od Michèl’a, mogłam z niej korzystać. Umyłam się i doprowadziłam do porządku. Gdy dotarłam na miejsce, wyjęłam z plecaka sukienkę i sandały. Szybko przebrałam się starając robić to bardzo cicho, aby nie zbudzić tych, którzy jeszcze spokojnie spali. Spodnie i bluzkę schowałam do plecaka i wyjęłam z niego swoją książkę, którą zaczęłam czytać w pociągu z Brukseli. Usiadłam na brzegu i opuściłam nogi nad wodą. Zaczytana nie zauważyłam jak Paryż szybko budzi się i jak zaczyna się kolejny, zwykły dzień.

    - Poczytaj mi.

    Usłyszałam za sobą cichy dziecięcy głosik i mała, ciepła rączka delikatnie dotknęła mojego ramienia. Zamknęłam książkę i popatrzyłam na chłopca. Mój nocny aniołek, nie przejmując się wysokością nabrzeża i głębokością wody, usiadł obok mnie na betonowym podłożu.

    - Powiedz, o czym jest ta książka? – Duże, ciemne oczy wpatrywały się w okładkę, na której widniała głowa młodej szympansicy.

    - O chłopcu, którego ojciec uczył małpkę języka migowego. – Odpowiedziałam.

    - Migowego? Co to znaczy języka migowego? – Chłopiec zaciekawił się patrząc na mnie z coraz większym zainteresowaniem.

    - Język migowy to taki mówiony nie głosem, tylko rękami. – Jeżeli ktoś jest głuchy, to nie może usłyszeć tego, co się do niego mówi, więc czyta z ruchu warg, albo z ruchu rąk.

    - Aha. To znaczy taki, jakim Antoinette porozumiewa się z Andre? – Odpowiedział usatysfakcjonowany tym, że zrozumiał o czym mówiłam. – To znaczy, że ta małpka jest głucha tak jak Andre?

    - Małpka nie jest głucha. Ona nie potrafi mówić, tak jak ludzie, więc żeby coś powiedzieć musi „migać”. To znaczy pokazywać słowa palcami, a tata tego chłopca też do niej „miga”, tak się ze sobą porozumiewają.

    - To ten tata też jest głuchy? – Zdziwiona mina na twarzy chłopca rozbawiła mnie.

    - Nie. On jest naukowcem i chce udowodnić innym ludziom, że można z szympansami rozmawiać. One nie tylko rozumieją, co się do nich mówi, ale potrafią odpowiadać. – Uśmiechnęłam się. – Jak chcesz to przeczytam ci tę książkę, ale obawiam się, że nie wszystko z niej zrozumiesz, ponieważ jesteś jeszcze za mały.

    - Naprawdę! Przeczytasz mi? Super! – Chłopiec zawołał z taką radością, że nie potrafiłam ukryć rozbawienia.

    - Myślę jednak, że nie teraz. – Usłyszeliśmy nad sobą głos Michèl’a. - No zmykaj, bo Antoinette cię szuka. To powiedziawszy podniósł chłopca i skierował w stronę obozowiska. – A ty panno lepiej nie siadaj tak, na samym brzegu, bo ktoś cię popchnie i staniesz się częścią Sekwany.

    Podał mi rękę i pomógł wstać. Kiedy twardo stałam już na nogach, zaczął przyglądać mi się jakbym była okazem muzealnym.

    - Fiu, fiu. – Gwizdnął i okręcił mnie dookoła. – Niezła z ciebie laska.

    Poczułam jak zaczynają mnie piec policzki. Opuściłam głowę, żeby nie zauważył mojego zakłopotania, ale w środku cieszyłam się z tego, co mi powiedział. Nigdy nie należałam do dziewcząt, które podkreślały swoją urodę seksownymi ciuchami i makijażem, chociaż moi bracia często mnie do tego namawiali. Zawsze lubiłam nosić sukienki, zamiast obcisłych jeansów i topów odkrywających pępek. Z biżuterii nosiłam tylko mój zegarek i srebrny łańcuszek z małą czterolistną koniczyną, którą dostałam od swojego chłopaka na siedemnaste urodziny. Sukienka, którą miałam na sobie była moją ulubioną. Czerwony materiał w białe groszki i dopasowany do mojej figury krój powodowały, że czułam się w niej dziewczęco i na luzie.

    - Jadłaś coś mała? – Michèl przyglądał mi się z troską, jaką często widywałam w oczach moich braci.

    - Jeszcze nie.

    - To chodź, Antoinette na pewno już coś smacznego przygotowała. – Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę osób siedzących na kocach.

    Kiedy doszliśmy, gwar na chwilę ucichł i wszystkie oczy spojrzały w naszą stronę.

    - Przedstawiam wam…! - Zawołał, ale natychmiast zorientował się, że nie wie jak mam na imię. Unosząc do góry brwi, popatrzył na mnie wyczekująco.

    - Katarzyna. – Szepnęłam tak, aby nikt poza nim tego nie usłyszał.

    - Catherine! – Uśmiechnął się. – Przez jakiś czas będzie z nami mieszkała. Od wczoraj jest naszą rodziną.

    - Tobie Catherine przedstawiam mieszkańców prawego brzegu Sekwany. Nie jesteśmy kloszardami, ale wolnymi ludźmi, którzy pracują, bawią się i żyją szczęśliwie pod niebem Paryża.

    Burza oklasków potwierdziła jego słowa i rozmowy, które wcześniej ucichły w momencie, gdy podeszliśmy do grupy, powróciły. Przedstawieni mi przed chwilą ludzie zaczęli zachowywać się tak jakbym żyła z nimi od dawna.

    Usiadłam na materacu obok Michèl-Ariel’a i zaczęłam jeść podaną mi przez młodą Murzynkę potrawę. Nie smakowało mi to, co dostałam do jedzenia, ale miałam dwa wyjścia albo zjeść, albo ściskać żołądek z głodu. Wybrałam jedzenie. Patrząc na innych jak z apetytem zajadają danie przygotowane przez Antoinette, nie miałam odwagi nic powiedzieć. Wmawiałam sobie, że jem typowe dla Francji jedzenie i musi mi smakować.

    Po śniadaniu Michèl przyniósł mi papier listowy i kopertę. Powiedział, żebym napisała do rodziców stwierdzając, że na pewno bardzo się o mnie zamartwiają. Usiadłam na ławce i zaczęłam pisać:

 

    Kochani, Mamo i Tato.

    Jestem w Paryżu. Ciocia Aniela nie wyjechała po mnie na dworzec, ale nie martwcie się jestem bezpieczna. Mieszkam u starszej pani imieniem Antoinette, która zaopiekowała się mną kiedy okazało się, że zostałam okradziona. Niestety w portfelu miałam adres cioci, dlatego nie mogłam do niej pojechać. Nie podaję Wam adresu zwrotnego, bo nie wiem jak długo zostanę tutaj. Kiedy uda mi się załatwić jakiś pokój to znowu napiszę i wtedy podam adres. Nie martwcie się o mnie, jestem bezpieczna i w bardzo dobrym towarzystwie.

Kocham Was. Przesyłam gorące buziaki. Pa, pa.

Katarzyna

 

    Włożyłam list do koperty i zakleiłam ją. Napisałam adres rodziców, a z drugiej strony koperty napisałam tylko „ Kasia z Paryża”.

    Michèl popatrzył na list, który okazał się krótką kartką informacyjną i uśmiechnął się. Odebrał go ode mnie. Powiedział, że wyślemy go idąc do miejsca, w które planuje mnie zabrać.

    Towarzystwo z każdą chwilą zmniejszało się, a ludzie gdzieś odchodzili. Michèl wyjaśnił mi, wszyscy gdzieś pracują. Jedni całkowicie legalnie, a drudzy na czarno. W „domu” zostawała tylko Antoinette, jej przyjaciel Andre, oraz ich córka, aby pilnować tego, co inni zostawiają. Kloszardzi boją się Antoinette, dlatego żaden z nich nie odważy się podejść zbyt blisko obozowiska. Nie jeden z nich miał bardzo nieprzyjemne spotkanie z dużą i silną Murzynką.

    Czasami Andre i jego córka siadali niedaleko, na brzegu Sekwany. Ona śpiewała, a on rzeźbił w drewnie malutkie figurki paryskich budowli. Trzeba było przyznać, że ręce miał bardzo zręczne. Jeden z bukinistów przychodził do niego dwa razy w tygodniu i kupował te małe cudeńka, sprzedając potem turystom za pięciokrotną cenę.

    Szliśmy uliczkami Paryża trzymając się za ręce. Michèl twierdził, że musimy tak iść, abym mu się nie zgubiła. Ciekawa wszystkiego, co mijaliśmy po drodze, często zatrzymywałam się. On pociągał mnie wtedy jak psiaka na smyczy, żebym zbyt długo nie stała w jednym miejscu. Co jakiś czas jednak sam przystawał i z kimś rozmawiał, ale nigdy nikomu mnie nie przedstawił. Doszliśmy wreszcie do placu, na którym stała lunaparkowa karuzela, a za nią znajdowało się kilka wejść po schodach do pięknego, białego kościoła.

    - To Sacré-Cœur, najpiękniejsza bazylika w Paryżu.

    - Bazylika Najświętszego Serca, kościół na szczycie wzgórza Montmartre. – Powiedziałam oczarowana. – Nazywana również Białą bazyliką.

    - Znasz jej historię? – Michèl ciągnąc mnie w stronę schodów z dumą spoglądał w górę.

    - Chyba nie, a ty?

    - Kiedy wybuchła wojna francusko-pruska, dwóch francuskich przemysłowców przysięgło sobie nawzajem, że jeżeli po wojnie zobaczą Paryż takim samym jak przed wojną, to wybudują bazylikę ku czci Serca Jezusowego. – Michèl zatrzymał się na chwilę, aby złapać oddech, ale szybko doszedł do wniosku, że możemy wspinać się dalej. - Rok później po zakończeniu działań zbrojnych okazało się, że Paryż został nienaruszony i panowie postanowili wypełnić swoją obietnicę. Na elewacjach zastosowano biały granit, stąd potoczna nazwa Biała bazylika.

    Stanęliśmy na szczycie wzgórza i wtedy mój przewodnik nakazał mi zamknąć oczy. Odwrócił mnie tyłem do kościoła i szepnął:

    - Teraz możesz już popatrzeć.

    Spojrzałam przed siebie i otworzyłam oczy i usta z zachwytu. Widok, jaki się przed nami rozciągał był tak oszałamiający, że po prostu mnie zatkało.

    - Pięknie tutaj. Prawda? – Powiedział zadowolony, obejmując mnie swoimi ramionami. – To moje ulubione miejsce. Kiedyś przychodziłem tutaj prawie codziennie z… - Przerwał i wyraźnie usłyszałam, jak jego głos zadrżał.

    - Powiedz mi, z kim przychodziłeś? – Odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam mu w oczy.

    - Z matką Michèl-Ariel’a. – Wyszeptał tak cicho, że ledwie go usłyszałam.

    - Kochałeś ją?

    Kiwnął głową i odwrócił się do mnie plecami. Zauważyłam, że ukradkiem wytarł z policzka łzę. Pomyślałam, że ta dziewczyna czy ta kobieta musiała być dla niego kimś bardzo ważnym. Nie miałam odwagi zapytać gdzie teraz jest i dlaczego nie są razem. Milczałam, chociaż bardzo mnie to ciekawiło. Postanowiłam powstrzymać się od pytania, aby nie zrobić mu przykrości. On jednak uznał, że chce podzielić się ze mną swoimi myślami i swoim smutkiem.

    - Arielle zawsze mówiła, że chciałaby wziąć ślub w Sacré-Cœur. – Odwrócił się do mnie, a na jego ustach zauważyłam znikomy uśmiech. – Spotkaliśmy się tutaj, kiedy była z wycieczką szkolną i zwiedzała Paryż. Siedziałem na schodach bazyliki, grałem na gitarze i śpiewałem. Ona i jej koleżanka usiadły obok mnie i zaczęły śpiewać razem ze mną. Miała piękny głos. - Zamyślił się na chwilę, a ja nie dopominałam się o dalszy ciąg, tylko czekałam cierpliwie, aż będzie gotowy mówić dalej. – Dała mi swój adres i poprosiła abym do niej napisał. Prawie po pół roku od naszego spotkania skreśliłem do niej kilka słów. Zaczęliśmy regularnie ze sobą korespondować, a w następne wakacje przyjechała do Paryża sama. Do mnie. Przerwała studia, aby być ze mną. Zamieszkaliśmy razem i wszyscy ją od razu pokochali. Byliśmy wolni, młodzi i szczęśliwi. Często przychodziliśmy tutaj na wzgórze i robiliśmy plany na przyszłość. Arielle, chciała wrócić na studia i namawiała mnie, żebym też kontynuował naukę. Wtedy, pieniądze same do mnie lgnęły, miałem dobrą passe i uważałem, że nie należy jej przerywać. Ona jednak uparła się i zapisała na uczelnię. Nigdy jednak nie rozpoczęła nauki, ponieważ okazało się, że jest w ciąży. Bez stałego miejsca zamieszkania, bez stałych dochodów i z małym dzieckiem, nie miałaby większych szans na wytrwanie do końca. Ciąża była trudna i często Arielle musiała zostawać pod opieką Antoinette. Kiedy nadszedł czas porodu, nie było mnie przy niej. Załatwiałem dla nas mieszkanie w małej miejscowości pod Paryżem. Coś było nie tak. Antoinette odebrała poród, ale coś złego działo się z Arielle. – Znajomy, właściciel małej knajpki zawiózł ją do szpitala, ale było już za późno. - Michèl mówił prawie szeptem, zapatrzony w rozciągającą się przed nami panoramę Paryża. Po jego policzkach jedna po drugiej spływały łzy, których już się nie wstydził. - Kiedy wróciłem, Antoinette podała mi zawiniątko i powiedziała, że Arielle chciała, aby nasz syn otrzymał imiona po rodzicach. Popatrzyłem na to maleństwo, przytuliłem do policzka jego ciepłą maleńką główkę i oddałem go w ręce Antoinette. Wybiegłem zrozpaczony. Dwa tygodnie wałęsałem się po uliczkach miasta i płakałem. Z rozpaczy chciałem nawet skoczyć z Wieży Eiffla, aby dołączyć do Arielle. Na szczęście, w którymś momencie opanowałem się i wróciłem. Wróciłem do mojej rodziny i mojego syna.

    Michèl popatrzył na mnie i odgarnął z mojego czoła kosmyk włosów. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i podał mi, abym wytarła swoje policzki, po których również spłynęło kilka łez.

    - Przepraszam mała. – Powiedział i przytulił mnie do siebie.

    - Nie wiem, za co mnie przepraszasz?

    - Za to, że się tak głupio zachowuję i…, że się tak przed tobą rozkleiłem.

    - Michèl, to miło z twojej strony, że chciałeś mi o niej opowiedzieć. – Spojrzałam na niego jak młodsza siostra. – Doceniam twoją szczerość i chcę żebyś wiedział, że jestem twoim przyjacielem. Nie musisz się przede mną krępować.

    Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu jak starego kumpla.

    - Proszę cię tylko o jedno mój mały przyjacielu...

    - Mój duży przyjacielu, o co tylko zechcesz proś. – Figlarnie popatrzyłam na niego, aby trochę rozładować nasze smutne nastroje.

    - Nie mów nikomu, że ci o tym opowiedziałem, i że się rozkleiłem przy tobie.

    - Masz to jak w banku. – Nachyliłam się do jego ucha i konspiracyjnym tonem wyszeptałam gwarancję utrzymania tajemnicy.

    Cmoknął mnie w policzek i już wyraźnie zmieniony złapał za rękę i pociągnął w stronę wąskiej uliczki, w dzielnicy Montmartre.

    - A tak dla ścisłości, to w banku wolałbym mieć pieniądze.

    Oboje roześmialiśmy się i ruszyliśmy biegiem schodami w dół. Mimo tego, że starałam się zachowywać normalnie, w głowie cały czas słyszałam jego ciche słowa. Mówił o niej z taką miłością i uczuciem, a zarazem z taką rozpaczą, że nie mogłam oczyścić myśli od tej historii. Czułam się przy nim jak przy moich braciach, chociaż chwilami miałam wrażenie, że zaczynam do niego odczuwać coś, co nie jest tylko przyjacielskim uczuciem. Dotyk jego dłoni sprawiał, że miałam dreszcze na ciele, a kiedy patrzyłam w jego duże, ciemne oczy to…

    Zatrzymaliśmy się przed kamienicą na ulicy Rue Berthe. Michèl odwrócił się i mocno złapał mnie za ramiona.

    - Zapamiętaj to miejsce i ten budynek. Gdyby kiedyś coś mi się stało, albo gdybyś potrzebowała pomocy to zawsze możesz tu przyjść.

    - Dobrze. – Kiwnęłam głową.

    Poczułam dziwny lęk. – Co mogłoby mu się stać? – Pomyślałam ze strachem. – O czym do cholery on mówi?

    - Wpadniemy na chwilę do moich przyjaciół. Poznasz kogoś bardzo ważnego i zadzwonisz do rodziców. Możesz też podać rodzicom ten adres, aby mogli wysyłać do ciebie korespondencję. Chodź.

    Pociągnął mnie za rękę i stanęliśmy przed drzwiami wejściowymi. Michèl wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył je. Wąskimi schodkami weszliśmy na drugie piętro, gdzie kolejnym kluczem otworzył następne drzwi. W przedpokoju przywitała nas niska, szczupła kobieta w wieku około siedemdziesięciu lat.

    - Witaj mój chłopcze. Dawno cię u nas nie było. – Podeszła do nas i mocno uściskała mojego przyjaciela. – A to le solei to, kto? – Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głowy.

    - To Catherine. – Michèl uśmiechnął się do mnie. – Zagubiona turystka, którą na chwilę przygarnąłem pod swój dach.

    - Witaj pod moim dachem, piękna dziewczyno. Wszyscy nazywają mnie Mamon, więc ty też tak możesz do mnie mówić. – Kobieta uściskała mnie szczerze i spontanicznie, tak jak powitała przed chwilą Michèl’a. – Nie trzymaj się zbyt długo tego nicponia, bo wywiezie cię na manowce. – Konspiracyjnym tonem szepnęła mi do ucha.

    Popatrzyłam na nią i już wiedziałam, że jest to osoba, której nie można nie polubić. Filigranowa figura i wesołe ogniki w oczach, odejmowały jej kilka lat. Poruszała się zwinnie jak nastolatka, chociaż po wykrzywionych przypuszczalnie przez artretyzm dłoniach i po plamach brązowych na całym ciele, można było zauważyć pozostałości przeżytych lat. Mieszkanie, w którym się znajdowaliśmy przypominało muzeum. Stare meble pochodziły chyba jeszcze z poprzedniego stulecia, ale wszędzie panował wręcz sterylny porządek. W pokoju, do którego nas wprowadziła Mamon stał około trzymetrowy regał z ośmioma półkami, zapełnionymi książkami o różnej tematyce. Poczułam się jak w jakiejś starej bibliotece. Z za zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju dochodziły głosy i co chwilę słychać było salwy śmiechu. Michèl posadził mnie na starej sofie z rzeźbionymi bokami, obitej pięknym niebieskim materiałem przypominającym atłas.

    - Zaczekaj tu na mnie. Muszę załatwić pewną sprawę i nie mogę cię zabrać ze sobą. - Pogłaskał mnie po policzku i odwrócił się do Mamon.

    - Chciałbym, żeby Catherine zadzwoniła do domu, do rodziców. – Złapał dłonie kobiety i przyłożył do ust składając na nich delikatny pocałunek. – Przypilnuj proszę, aby to zrobiła.

     Mamon przytuliła go do siebie i matczynym gestem pogłaskała po ciemnej czuprynie.

    - Leć! Tylko nie zabaw za długo. Mam kilka spraw do załatwienia i nie będę siedziała cały dzień w domu. A z Leonem i jego kompanią nie chciałabym jej zostawić samej.

    - Wrócę za godzinkę, może półtorej. – Michèl pocałował Mamon w policzek, do mnie puścił perskie oko i już go nie było.

    Kobieta usiadła naprzeciwko i wpatrując się we mnie trwała tak około dziesięciu minut. Siedziałyśmy w milczeniu wsłuchując się w głosy dochodzące z drugiego pokoju i odgłosy ulicy.

    - Ile masz lat? –Mamon, pierwsza przerwała milczenie.

    - Osiemnaście.

    - To ty jesteś tą małą, którą okradli na dworcu?

    - Tak. – Kiwnęłam głową i opuściłam wzrok wpatrując się w kwiaty na dywanie. – Widzę, że nawet w tak dużym mieście, wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy. – Szepnęłam zawstydzona.

    - To ty jesteś tą zmysłową tancerką?

    Popatrzyłam na nią zdziwiona, skąd wie o tym, że tańczyłam na brzegu Sekwany skoro jestem w Paryżu dopiero drugi dzień.

    - Żeby poczta tak działała jak szybkość przekazywania informacji tutaj, to ludzie mogliby się częściej komunikować ze sobą. – Powiedziałam z nutą oburzenia.

    - Nie irytuj się. Wiem to od Leona. Grał wczoraj razem z Michèl’em. – Popatrzyła na mnie uspokajająco. - Lubię, kiedy Leon chodzi razem z nim, bo przynajmniej regularnie płaci mi wtedy tygodniówkę za pokój, który wynajmują razem ze swoją siostrą. Dobry z niego chłopiec, ale ma tylu znajomych… - Popatrzyła w stronę drzwi do drugiego pokoju i wzruszyła ramionami. – Sama słyszysz.

    Wstała z fotela i podeszła do mnie.

    - Chodź, pójdziemy do mojej sypialni. Zadzwonisz do rodziców.

    Podała mi rękę i poprowadziła wąskim korytarzykiem do kolejnego pomieszczenia. Sypialnia Mamon, tak jak pokój gościnny wyglądała jak sala w muzeum. Stare drewniane łóżko zasłane było narzutą wyszydełkowaną z białej bawełny. Obok łóżka stała toaletka, na której pięknie eksponował się stary zegar. W chwili, kiedy otworzyłyśmy drzwi do pokoju, zegar jakby obudził się i zaczął wybijać godzinę. Naprzeciwko łoża stała szafa wyglądająca jakby przyniesiono ją z Wersalu. Na ścianie obok szafy wisiał imponujących rozmiarów obraz.

    - Ciekawy, prawda? – Mamon zauważyła jak przyglądam się dziełu. – Uwielbiam Moneta. – Westchnęła i delikatnie dotknęła drewnianej ramy obrazu. – Czy wiesz, że najbardziej charakterystyczną cechą malarstwa i rzeźby impresjonistycznej, było dążenie do oddania zmysłowych i ulotnych momentów? Takie dążenie do "złapania uciekających chwil". – Odwróciła się w stronę obrazu. - Nazwa kierunku została ironicznie nadana przez krytyka sztuki oraz dziennikarza o nazwisku Leroy i pochodzi od tytułu właśnie tego obrazu „Impresja wschód słońca” Claude’a Moneta.

    - Jeden z moich braci studiuje w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. – Odpowiedziałam, żeby jej zaimponować. – Ja jednak wolę taniec od tego rodzaju sztuki.

    - Każdy ma swoje upodobania.

    Podprowadziła mnie do małego stoliczka, na którym na białej koronkowej serwetce stał czerwony telefon-retro. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam coś tak pięknego i użytecznego zarazem.

    - Zostawię cię teraz samą, abyś mogła swobodnie rozmawiać. Pójdę do kuchni i przygotuję dla nas coś do picia. Jak skończysz, to przyjdź do mnie, tylko nie pomyl pokoi, bo Leon i jego czereda zjedzą cię żywcem. – Uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

    Usiadłam na krześle obok stoliczka i dłuższą chwilę wpatrywałam się w aparat telefoniczny. Co ja im powiem? – Pomyślałam, zanim wykręciłam numer rodziców.

    - Halo, tu dom rodziny Krzyżańskich. – Usłyszałam głos brata.

    - Andrzej?

    - Kasiulek!? Jezu dziecino, od zmysłów odchodzimy. Co z tobą? – Zawołał tak głośno, że musiałam słuchawkę telefonu odsunąć od ucha.

    - Spokojnie. Jesteś sam?

    - Taak… to znaczy nie zupełnie. Tata siedzi na kanapie i już usłyszał jak zawołałem twoje imię. – Powiedział zmieniając ton głosu. – Uwaga. Podchodzi. – Szepnął do słuchawki.

    - Zatrzymaj go na chwilę. Chcę pogadać z tobą.

    - O.K. Tato daj mi chwilkę na osobności z moją małą siostrzyczką. – Usłyszałam jak błagalnym tonem Andrzej zwraca się do ojca. – Zaraz ci ją dam do telefonu, tylko pogadam z nią minutkę.

     Oczami wyobraźni widziałam śmieszną minę, jaką zapewne zrobił rozmawiając z naszym tatą, aby uzyskać efekt swojego gadania.

    - No, mamy minutę. Nawijaj mała.

    - Posłuchaj, jestem w Paryżu. Zatrzymałam się u moich znajomych…

    - Bardzo ciekawe, od kiedy ty masz znajomych w Paryżu? – Przerwał mi w pół zdania.

    - Od wczoraj. Nie przerywaj mi tylko słuchaj!

    - O.K.

    - Zrób wszystko, żeby tylko rodzice nie kazali mi wracać. Nie wiem, co się stało, że ciocia po mnie nie wyjechała. Domyślam się, że wy już o tym wiecie.

    - Wiemy, bo ciocia…

    - Nie przerywaj mi tylko słuchaj! Chcę spędzić tutaj kilka dni, bez ochronki, sama! Poznałam fantastycznych ludzi i zatrzymałam się u nich. Dbają o mnie. Troszczą się, abym się nie zgubiła w tym wielkim mieście. Czuje się tutaj szczęśliwa i potrzebuję kilku dni dla siebie. Musisz mi pomóc pozostać tutaj jak najdłużej. Zrozumiałeś?

    - Dobra. Dobra. A możesz mi, chociaż podać adres tych ludzi, u których się zatrzymałaś? Mam kumpla w Paryżu, skontaktuje się z nim, żeby do ciebie zajrzał.

    - Nie mogę ci podać adresu. Bo mieszkam…- Nie byłam pewna czy mogę swobodnie przekazać mu, gdzie nocuję. Obawiałam się, że wpadnie w panikę. Zaryzykowałam jednak. - Mieszkam nad brzegiem Sekwany. Pod mostem.

    - Żartujesz, prawda? – Po chwili milczenia, ponownie usłyszałam głos brata.

    - Nie. Nie żartuję.

    - Kurde, ale fajnie! Jesteś kloszardem?

    - Nie! Nie jestem! Ludzie, z którymi przebywam to też nie są kloszardzi.

    - Jest tam jakiś chłopak? – To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.

    - I nie tylko, ale… zatrzymaj to dla siebie i zrób to, o co cię proszę. Daj teraz słuchawkę tacie. Nie mogę za długo wisieć na tym telefonie, ponieważ dzwonię z mieszkania starszej pani.

    - Dobra. Pogadamy innym razem. Trzymaj się dziecino. Daję słuchawkę papci.

    - Witaj córeczko, tak się o ciebie martwimy. Gdzie ty jesteś? Jesteś bezpieczna? – Głos taty brzmiał tak, jakbym została uprowadzona przez sycylijską mafię.

    - Tatusiu spokojnie. Jestem bezpieczna. Powiedz mi tylko, dlaczego ciocia Aniela nie przyjechała po mnie na dworzec?

    - Och kochanie… Aniela znalazła się w szpitalu, w nocy przed twoim przyjazdem i dopiero dzisiaj rano zadzwoniła do nas z tą informacją. Uspokoiłem ją i powiedziałem, że miałaś przy sobie dość pieniędzy żeby wynająć sobie jakiś pokój w hostelu i że na pewno skontaktujesz się z nią. Podała mi adres szpitala, żebyś mogła przyjechać do niej i zabrać klucze do mieszkania. Ona ci dokładnie wytłumaczy jak masz dojechać do…

    - Tatusiu, posłuchaj. – Przerwałam monolog ojca, żeby powiedzieć mu, że nie chcę jechać do cioci Anieli. – Zadzwoń do niej i powiedz, że niech nie zawraca sobie głowy moją osobą. Mieszkam u moich przyjaciół i jestem bezpieczna. Pojadę do cioci jak wyjdzie ze szpitala. A teraz niech spokojnie dochodzi do zdrowia.

    - Kasieńko, dziecko? Gdzie ty mieszkasz? U jakich przyjaciół? Podaj mi adres…

    - Tatusiu, nie znam dokładnego adresu. Jak zadzwonię następnym razem, to wszystko ci dokładnie podam. Nie martwcie się o mnie. Dam sobie radę. – Czułam, że mój głos zaczyna drżeć. Nie chciałam się rozpłakać, ale wszystko wskazywało na to, że nie zdołam się opanować. Łzy zaczęły dławić mnie w gardle, a mój głos zmieniał się z każdym słowem. – Ucałuj ode mnie mamę, Bronka i Andrzeja. Kocham cię. Pa.

    Odłożyłam słuchawkę, zakryłam twarz rękami i rozpłakałam się. Nie wiem ile czasu siedziałam w sypialni Mamon i płakałam. W pewnej chwili poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń, która delikatnie głaskała mnie po włosach. Wytarłam oczy i popatrzyłam w górę. Obok mnie stał Michèl
i uśmiechał się tym swoim pięknym, tajemniczym uśmiechem. Wstałam z krzesła i przytuliłam się do niego tak jakby był którymś z moich kochanych, starszych braci. Michèl głaskał mnie po włosach, po ramionach, po plecach. W końcu wtulił głowę we włosy i delikatnie pocałował moje mokre od łez oczy.

    - Chodź mała, Mamon się niecierpliwi. Słyszała jak płakałaś, ale nie chciała tu wejść.

     Wyszliśmy z sypialni Mamon i udaliśmy się do jej salonu. Kobieta siedziała w fotelu czytając książkę, ale na nasz widok szybko zamknęła ją i odłożyła na ławę.

    - Wszystko w porządku? – Zapytała z wyraźną troską w głosie.

    - Tak… Przepraszam.

    - Napij się zimnej cytrynówki. Sama przyrządziłam. – Patrzyła na mnie z zaciekawieniem i smutkiem jednocześnie.

    - Michèl, nalej jej. Co tak stoisz jak słup?! – Starała się mówić neutralnym głosem, ale wyraźnie wyczuwałam w nim zakłopotanie.

    Wypiliśmy po dwie filiżanki cytrynówki, czyli wody z kostkami lodu i cytryną i pożegnaliśmy się z Mamon.

    Wyszliśmy z kamienicy i w milczeniu podążaliśmy przed siebie uliczkami Montmartre. Dzielnica zabudowana była starymi kamienicami, ciągnącymi się wzdłuż krętych, ostro wznoszących się, brukowanych uliczek i wąskich przejść ze schodami. Wydawała się być zbudowana w wyraźnie odmiennym charakterze niż reszta miasta. Michèl trzymał mnie za rękę i co chwilę spoglądał w moją stronę, z wyraźnym zakłopotaniem. Nie wiedziałam, o czym myśli, ale widziałam, że martwi się.

    - Czy coś się stało? – Zapytałam zaniepokojona tym jego milczeniem.

    - Nie. Dlaczego pytasz?

    - Widzę, że jesteś dziwnie tajemniczy.

    Uśmiechnął się, ale w tym jego uśmiechu nie było nic z radości. Objął mnie ramieniem i głęboko spojrzał mi w oczy. W jego wzroku było coś intrygującego, coś tajemniczego, coś…, czego zaczęłam się bać. Czułam, że czymś się martwi. Mój niepokój, natychmiast odzwierciedlił się w moim ciele drżeniem warg i napływającymi do oczu łzami.

    - Hej! Co się dzieje mała?

    - Nic.

    - Pewnie! To, dlaczego tak drżysz?

    - Ja? Wydaje ci się.

    - Może się boisz?

    - Ja? Czego? – Przybrałam irytujący ton.

    - Uczucia.

    Poczułam jak przez całe moje ciało przechodzi miliony ciarek. W dole brzucha doznałam dziwnego bólu, a serce zaczęło mi walić jak kowalski młot.

    - Ciekawe, o czym ty mówisz? – Zapytałam, niby spokojnym, zdziwionym tonem.

    - O uczuciu. O miłości. – Odpowiedział, patrząc na mnie tajemniczo. – Jeśli chodzi o mnie, to ja się boję. Czuję, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Przyznam szczerze, że dawno takiego uczucia nie doświadczyłem.

    - Michèl, przestań!

    - Nie mogę. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić i chcę, abyś o tym wiedziała. Obawiam się jednak, że mogę zrobić coś głupiego. Coś, czego potem będę żałował. – To powiedziawszy nachylił się nade mną i pocałował mnie w usta.

    Myślałam, że eksploduję. Moje ciało zaczęło zachowywać się dziwnie. Pragnęłam go z całych sił i jednocześnie bałam się. Zrozumiałam, że powiedzenie „miłość od pierwszego wrażenia”, to szczera prawda. Właśnie doznawałam tego na sobie i co gorsza, chyba z wzajemnością.

    Oderwaliśmy nasze usta od siebie i w milczeniu dalej przemierzaliśmy okolice Montmartre. Zaślepiona tym, co czuję nie zwracałam uwagi na piękno mijanych uliczek i kamienic.

    - Jak już jesteśmy w tej okolicy, to powiem ci legendę tego wzgórza. – Michèl starał się rozładować sytuację i jednocześnie zainteresować mnie czymś. - W trzecim wieku naszej ery, na wzgórzu Montmartre, zginął śmiercią męczeńską duchowny Dionizy. Poganie rozdrażnieni prowadzoną przez niego misją chrystianizacji postanowili ściąć mu głowę. Zgodnie z legendą, święty Dionizy, wziął swoją obciętą głowę w ręce i przeszedł z nią jeszcze kilka kilometrów, przez cały czas modląc się. W miejscu, gdzie dopadła go wreszcie śmierć, zostało zbudowane opactwo, które przez stulecia pełniło miejsce pochówku większości królów Francji.

    - Bardzo ciekawe jest to, co opowiadasz. Nie wiedziałam, że mój pobyt w Paryżu będzie tak owocny w legendy.

    - Staram się, abyś zobaczyła Paryż nie tylko z tej złej strony. Złodziei, kloszardów i żebraków.

    - Wydaje mi się, że jak na drugi dzień pobytu mam bardzo dobre zdanie o tym mieście, a zwłaszcza o mieszkających tu ludziach.

    - Cieszę się. – Michèl popatrzył na mnie tym swoim szelmowskim, a zarazem męskim wzrokiem. – Mam nadzieję, że to także moja zasługa?

    - Szczególnie twoja. – Odpowiedziałam przytulając się do niego.

Źródło materiału: http://ksiazkiidy.blox.pl/2012/05/Pamiatka-z-Paryza-fragment-1.html